czwartek, 17 marca 2016

Rozdział 1

Znów musiał to przechodzić. Nienawidził Śmierci za to co mu zrobiła. A jednocześnie się cieszył, bo dostał drugą szansę na naprawę świata i zdobycie kontroli nad nim. I tym razem miał mieć po swojej stronie Harry'ego Pottera.
Trudno jednak było cieszyć się plusami sytuacji w jakiej się znalazł, skoro znów musiał czuć ból, spowodowany rozerwaniem jego ciała na części.
I znów będzie zmuszony tułać się po świecie jako widmo, czując ukojenie tylko, gdy przejmie ciało jakiegoś zwierzęcia. Ukojenie to i tak będzie trwało tylko chwilę, kilka dni spokoju i znów potworny ból.
Śmierć przeniosła go do czasu jak rzucał zaklęcie na malutkiego Pottera.
Zielony promień już leciał w jego stronę. Nie mógł nie rzucać zaklęcia, nawet nie zdążył spróbować zmienić trajektorii jego lotu.
Mógł cieszyć się swoim starym ciałem tylko przez sekundę.
A potem był ból i instynktowna ucieczka z miejsca zdarzenia.
A mógł tam zostać. Potter też już wtedy był sobą.
Nawet w ciele niemowlaka mógł czarować, bo jego umiejętności i wiedza przeniosły się razem z nim do tych czasów.
Gdyby Voldemort nie uciekł miałby zapewnioną chociażby najmniejszą, ale zawsze pomoc w okiełznaniu bólu, który musiał odczuwać.
A teraz Potter pewnie jest przenoszony w bezpieczne miejsce.
Chroniony przez potwora w skórze dobrodusznego starca, który nie wie, że chroni swojego przyszłego przeciwnika – bo to było oczywiste, że w tej przyszłości Harry Potter połączy siły z Lordem Voldemortem. Po tym wszystkim co zobaczył i usłyszał podczas rozmowy ze Śmiercią nie było innej opcji.
Niektóre obrazy przyszłości (tamtej przyszłości), które pokazała im Śmierć sprawiły, że nawet serce Czarnego Pana przyśpieszyło. A był on przecież pozbawiony większości uczuć.
Młody i pełen uczuć umysł Harry'ego Pottera musiał zareagować inaczej.
Takie obrazy na pewno wpłynęły na jego psychikę, tak jak kiedyś podobne na psychikę Toma Riddle'a.



To było straszne. Znów znaleźć się pod opieką tej wrednej, starej niańki. I nie móc nic z tym zrobić, mimo faktu, że teraz już mógł sam o siebie zadbać.
Nie wiedział po co został wkręcony w te całą sprawę. Ale był zadowolony, że wyszło tak jak wyszło. Miał teraz szansę zrobić coś dobrego dla ludzkości. No i – co ważniejsze – żyje. A życie jest lepsze niż śmierć.
Nawet jeśli jest to życie pod opieką śliniącej się siedemdziesięciolatki, wmuszającej w niego kilka butelek mleka dziennie.
Mógł się przynajmniej cieszyć, że mama nie karmiła go piersią.
Teraz – w pełni świadomy tego co się dzieje – nie chciałby, żeby to robiła.
Boże, broń!
Musiał jakoś przetrwać dziesięć lat unikając krępujących rzeczy.
Dziesięć lat bycia kierowaną przez ojca marionetką, której wpaja się chore ideologie.
Chociaż, po tym co pokazała im śmierć, ma zamiar tępić każdego mugola, szlamę, czy zdrajcę Krwi jeszcze bardziej niż w pierwszym życiu.
Nie pozwoli zniszczyć świata, który kocha!
Będzie o niego walczył i bronił do końca.
Ale to dopiero za dziesięć lat... Teraz będzie udawał głupiego, aż nie dostanie listu z Hogwartu i nie spotka się z Potterem.
Trochę spokoju mu się należy przed walką.



Dursley'owie panikowali. To raczej zrozumiałe po tym co się wydarzyło.
Nie spodziewali się gościa. Do tego takiego, którego będą musieli utrzymywać.
Nie wiedzieli jeszcze, że on umie doskonale sam sobie radzić w życiu. I nie potrzebuje ochrony w tym domu.
Voldemort już nie stanowił dla niego zagrożenia. Teraz byli po jednej stronie, by walczyć ramie w ramie z siłami, które kiedyś Harry uznawał za te dobre.
Przynajmniej tak mu się wydawało. Nie wiedział co siedzi w głowie Voldemorta i czy jego plan jakoś ulegnie zmianie, gdy ma teraz drugą szansę. Nie wiedział, czy może mu zaufać. Przy tym stawiając praktycznie na szali swoje życie – drugie życie, ale, powiedzmy sobie szczerze, to pierwsze nie było zbyt udane. Śmierć w wieku osiemnastu lat nie była jego marzeniem. Do tego śmierć z ręki osoby, której teraz musiał zaufać.
Miał szansę, żeby się nad tym zastanowić, bo spotkają się dopiero za kilka lat.
Ale do tego czasu nie zamierzał siedzieć bezczynnie.
Gdy tylko podrośnie do wieku, w którym nie będzie aż tak wzbudzał podejrzeń wśród ludzi, zacznie działać.
Chciał się jak najlepiej przygotować do nadchodzącej wojny.
Teraz miał do tego niewielkie możliwości. Zazdrościł Malfoy'owi, który miał zapewne w domu ogromną bibliotekę, z której mógł się uczyć nowych zaklęć do woli. I zapewne właśnie to będzie robił przez najbliższe dziesięć lat.
Tak więc cała ich trójka będzie przygotowana.
On, gdy tylko trochę dorośnie będzie mógł udać się na pokątną.
Malfoy ma szansę się uczyć w domu.
A Voldemort... On raczej nie musi zwiększać swoich umiejętności. Był w końcu jednym z najpotężniejszych czarodziejów. Nawet jeśli teraz tuła się gdzieś po świecie.
A co tam... Trochę bólu mu nie zaszkodzi.


Prolog

Zaczęło się od dnia jego narodzin, później scena „Śmierci” Voldemorta, wszystkie poniżenia, które sprawili mu Dursley'owie, Hagrid wywalający drzwi starej chaty na klifie, list, pierwsze prezenty na święta, smok, walka z Voldemortem, powrót do Dursley'ów, lot samochodem, dziwne syki... i tak dalej, i tak dalej...
Mógł tylko patrzeć jak mijało jego życie. Obserwować i wychwytywać wszystkie błędy swojej młodości, wszystkie szczęśliwe chwile, ale także bóle i zmartwienia.
Poczuł ukłucie w sercu na wspomnienie zdrady. Zdrady swoich przyjaciół.
Może nie zawinili za bardzo...
Ron tylko powiedział na głos to, co chodziło Harry'emu po głowie od dawna.
A właściwie potwierdził wcześniej wypowiedziane słowa Dumbledore'a.
Od czasu jak je usłyszał, Harry musiał zaakceptować swój los. Nie było to łatwe, ale – wbrew pozorom – bardzo dobrze potrafił ukrywać swoje uczucia.
Za uśmiechem, który kierował do swoich „przyjaciół”aż do końca wojny, kryły się pogarda, smutek i nienawiść.
A potem odegrał swoją rolę, zginął walcząc z Czarnym Panem. I trafił tutaj.
Owo „tutaj” było krainą, w której mógł obejrzeć swoje życie, a później iść dalej, nie wiadomo gdzie.
Spokojny, bądź zaniepokojony.
Zadowolony ze swojego losu, bądź obwiniający się za wszystkie swe porażki.
Uśmiechnięty, bądź przygnębiony.
Nieistotne były jego uczucia. Jego przeznaczeniem było iść dalej.
- Nie sądzisz, że za dużo jest tych „przeznaczeń”? - odezwała się postać, odziana w czarne szaty, zza których nie wystawał nawet najmniejszy kawałek skóry. Prawdopodobnie bezbłędnie odczytała myśli chłopca.
Harry wzdrygnął się. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie jest tu sam.
Teraz mógł zauważyć, że oprócz niego jest tu jeszcze kilkanaście innych osób. Część z nich nawet znał osobiście.
Niedaleko niego siedział Fred, patrząc w przestrzeń pustym wzrokiem.
Dalej był Colin Creevey, ten wkurzający dzieciak, który zawsze robił Harry'emu zdjęcia. Teraz też siedzi i patrzy nie wiadomo gdzie.
Było tu ich więcej. Angelina Johnson, Lavender Brown, Zachariasz Smith, Dean Thomas, a nawet Draco Malfoy... Ale najbardziej ze wszystkich, Potter zwrócił uwagę na zakapturzoną postać. Tą, która tak niedawno się do niego odezwała.
- Czym Ty jesteś? - zapytał.
- Właśnie zginąłeś. Kim może być odziana na czarno postać, która potrafiła obudzić Cię z transu? Jestem Śmiercią, Harry.
Właściwie to Potter nie był tym zaskoczony. Ta myśl zaświtała mu w głowie, gdy tylko zobaczył to monstrum, co miał przed sobą.
- Tak? A więc idziemy już „dalej”?
- Nie, spokojnie. Nigdzie nie idziesz – powiedziała Śmierć. A gdy zobaczyła zdziwienie na twarzy Harry'ego, dodała: - Przynajmniej jeszcze nie. Najpierw musimy poważnie porozmawiać. Ale do tego potrzebna nam jeszcze jedna osoba – wskazała na Voldemorta, siedzącego w lekkim oddaleniu od innych. Dopiero teraz zauważył, że on też tu jest. - Nie chcę się później musieć powtarzać.
Jak teraz się rozejrzał to zobaczył też wielu śmierciożerców.
Bellatrix kucająca najbliżej swojego pana, też patrząca w przestrzeń, widząc tylko sobie znane obrazy.
Macnair. Harry doskonale pamiętał moment jego śmierci. To był pierwszy raz, gdy widział naprawdę wściekłego Hagrida.
Dołohow. Fliftick przy nim pokazał, że nadal jest mistrzem pojedynków.
I kilkanaście osób, których Potter kojarzył tylko z widzenia, albo nie znał wcale.
- A więc go obudź – rzekł wreszcie Harry do Śmierci. - Nie traćmy czasu. Mów co masz powiedzieć i znikajmy stąd.
- „Tracenie czasu”? My teraz jesteśmy ponad czasem. On nie płynie. Ale zacznie, jeśli będę tego chciał...
- Nieważne, nieważne... Miejmy to już za sobą, co?
- Właściwie... Jeśli chcesz, możemy mieć to za sobą.




Wszystko zrobiło się białe. Cały świat był tylko jednym jej odcieniem.
Harry – który w tamtym momencie też stanowił część tej wszech istniejącej bieli – przywoływał wspomnienia z rozmowy, której przecież nie było.
Wiedział, gdzie się znajduje, gdzie się zaraz pojawi, co będzie się działo i kto będzie razem z nim.
Wiedział to, lecz teoretycznie nikt mu tego nie powiedział.
To było dziwne uczucie.
Móc wspomnieć to, co się wcale nie wydarzyło.
I wiedzieć, że inni uczestnicy rozmowy – której nie było - też mają te wspomnienia.
Wspomnienia dziwnych i nieprawdopodobnych słów Śmierci.
Coś o Dumbledorze, który chciał – teraz już chyba „chce” - przejąć władze nad ministerstwem i mugolami, ale robi to powoli i niezbyt skutecznie.
O tym, że chciał zrobić to siłą, gdy Voldemort – jego przeciwnik w dążeniu do tego celu – na zawsze zginie.
Że Czarny Pan często w przeszłości – teraz już przyszłości – powstrzymywał jego ataki, jako widmo włamując się w ciała innych ludzi i – na miarę swoich (niewielkich wtedy) możliwości – atakując sprzymierzeńców i broniąc cele starego czarodzieja.
Że, jeszcze jako Tom Riddle dowiedział się o celach jego – wtedy jeszcze – nauczyciela Transmutacji.
I właśnie dlatego zaczął tworzyć swoją armię, by stanąć naprzeciw Albusa Dumbledore'a.
A później dowiedział się o przepowiedni, dotyczącej tego, że Mugole odkryją magiczny świat i zaatakują czarodziejów.
Dlatego też zaczął otwarcie atakować mugoli i mugolaków. A także zdrajców krwi, domyślając się, że to przez nich niemagiczny świat zaatakuje ten magiczny.
Że po śmierci Harry'ego i Voldemorta nastąpił wybuch magiczny, który odczuli także mugole.
Który zapoczątkował (zapoczątkuje? Ten czas jest skomplikowany – pomyślał Harry.) badania na temat magii i doprowadzi(ł) do wojny między stronami magiczną i niemagiczną.
A w ostateczności do wyniszczenia obydwu tych światów.

Dlatego też teraz Harry, Voldemort i Draco Malfoy (który z jakiegoś powodu został w to wmieszany przez Śmierć. Nikt nie wie z jakiego. Twierdziła tylko, że trzy ratujące świat osoby są bardziej dramatyczne niż dwie. I będą jak trzej muszkieterowie – ta nazwa mówiła coś tylko Harry'emu.) zostaną cofnięci w czasie do pierwszego spotkania Pottera z Czarnym Panem.

Co ma z tym wspólnego Malfoy...
Nie wie nikt.